Gwiezdne Wojny w PRL

DAWNO, DAWNO TEMU, W PEWNYM SZARYM KRAJU...

Łukasz Józefowicz

 

Nie wszędzie pierwszy film z uniwersum Gwiezdnych Wojen został ciepło przyjęty. Są miejsca na świecie, gdzie traktowano go jak głupią bajkę, o której wszyscy niebawem zapomną. Nie przypuszczano wówczas, że po tej premierze kino już nigdy nie będzie takie samo.

 

W roku, w którym zmarli Charlie Chaplin i Elvis Presley, na ekrany w Stanach Zjednoczonych trafił film, który zre­wolucjonizował kino. W 1977 roku Gwiezdne wojny zmieniły podejście Hollywood do widowiskowych produkcji. Obar­cza się je winą za stworzenie modelu letniego blockbustera, spłycającego filmy do najniższego wspólnego mianownika, oraz wprowadzenie wielkich pieniędzy do studiów filmowych i początek rządów księgowych nad produkcją. Gwiezdne wojny rozpoczęły również wielką fascynację efektami specjalnymi, zmieniły podejście do narracji i montażu oraz, jak określił to Jerzy Płażewski, stanowiły początek kina nowej przygody.

 

W Stanach Zjednoczonych była to prawdziwa rewolucja. Po wielkich osiągnięciach kina amerykańskiego lat 70., które było naturalistyczne i nie bało się stawiać trudnych pytań, Geor­ge Lucas (oraz Steven Spielberg swoimi Szczękami i Bliskimi spotkaniami trzeciego stopnia) zaproponował publiczności powrót do dawnego, lekkiego kina hollywoodzkiego. Mrocz­ne dramaty Coppoli, Scorsese i Friedkina stały się pieśnią przeszłości – publiczność chciała przygody, sympatycznych bohaterów i humoru; wystarczało jej bierne uczestnictwo w widowisku. Produkcja Nowej nadziei (podtytuł ten dodano dopiero w 1981 roku) kosztowała 11 milionów dolarów, a podczas pierwszego rzutu do kin w 1977 roku zarobiła ponad 125 milionów. Wcześniej w Hollywood nikt nawet nie marzył o takich zyskach.

 

Liczyły się Gwiezdne Wojny. Liczył się Spielberg. My byliśmy skończeni.

 

– Martin Scorsese w wywiadzie dla Petera Biskinda

 

Ówcześni recenzenci zarzucali Lucasowi, że cierpi na syndrom Piotrusia Pana i musi odreagować swoimi filma­mi kompleksy z dzieciństwa. Pomimo tej krytyki 30 maja 1977 roku magazyn „Time” na okładce nazwał Gwiezdne woj­ny najlepszym filmem roku, choć wtedy w kinach królowały również Bliskie spotkania trzeciego stopnia, Annie Hall i Mistrz kierownicy ucieka. Dekada świetnego amerykańskiego kina kończyła się lekkimi produkcjami odzwierciedlającymi klimat panujący w społeczeństwie.

 

W tym czasie w Polsce Ludowej funkcję I sekretarza PZPR peł-nił Edward Gierek, który przejął władzę po zakończonym ma­sakrą buncie robotników na Wybrzeżu w grudniu 1970 roku. Zamierzał on przyspieszyć rozwój gospodarczy kraju, co jednak skończyło się ogromnym zadłużeniem i licznymi straj­kami. Gdy planowana podwyżka cen po proteście robotni­czym w czerwcu 1976 została odwołana, stało się jasne, że z władzą można wygrać. Nagle czuć było, że coś się może zmienić. Reżim poluzował uścisk, ale ta liberalizacja nikogo nie uspokajała – raczej pokazywała słabość władzy i zachęcała do działania. To były inne czasy i pierwszy kontakt Polaków z Gwiezdnymi wojnami był naznaczony piętnem epoki – zadzi­wiające, jak dobrze w tym przypadku moment dziejowy zgrał się z filmem.

 

W polskim kinie trwała w owych czasach druga złota era – epoka kina moralnego niepokoju. Przygnębiające moralitety Agnieszki Holland, Filipa Bajona i Krzysztofa Kieślowskiego były dla eskapistycznych Gwiezdnych wojen tym samym, czym filmy Scorsese i Coppoli w Stanach Zjednoczonych.

 

Nie obawiam się zbytnio o Polskę. Widziałem w życiu tyle przemian. Wierzę, że wszystko jest możliwe. Nawet zmiana na lepsze (...) Po raz pierwszy od 1956 roku mam nadzieję, że zwyciężymy, że władza weźmie pod uwagę nasze zdanie.

 

– Antoni Słonimski, paryska „Kultura”, 1976 rok

 

W 1977 roku na polskich ekranach pojawił się film Człowiek z marmuru Andrzeja Wajdy, który w wielu kręgach spotkał się z chłodnym przyjęciem, ale nie weszły Gwiezdne wojny. Na ten rarytas kina amerykańskiego Polacy musieli czekać aż do 30 marca 1979 roku. Pierwszy pokaz prasowy w kinie Wars był ogromnym wydarzeniem, na które wielu czekało. Sukces Gwiezdnych wojen na Zachodzie był znany, więc i ocze­kiwania były spore, przez co nasz rodzimy Test pilota Pirxa, który na ekrany trafił dokładnie dwa miesiące później, nie był już w stanie wywrzeć takiego wrażenia, jak widowisko Lucasa.

 

Pierwsze opinie polskich krytyków na temat Nowej nadziei nie były jednak przychylne. Naturalnie, doceniano kunszt montażu i widowiskowość efektów specjalnych, czyli walory estetyczne, ale dla wielu Gwiezdne wojny były filmem głupim i prostackim. W magazynie „Film” w 1979 roku Czesław Don­dziłło, podobnie jak krytycy amerykańscy, traktował Lucasa i Spielberga jako twórców o podobnym stylu i takich samych ideałach: Szczęk nie zrobiłby żaden Europejczyk nie dlatego, że w Eu­ropie byłoby niemożliwe skonstruowanie elektronicznego rekina, tylko dlatego, że tak oczywistej bredni myślowej nie zaakcepto­wałby żaden producent. (…) Gwiezdne wojny są kolejnym eta­pem tego, co zaczęło się Szczękami.

 

 

Ich twórczość porównywał również Bolesław Michałek w 1978 roku. W artykule Nie jesteśmy sami..., opublikowa­nym w miesięczniku „Kino”, zestawia Nową nadzieję z Bliski­mi spotkaniami trzeciego stopnia, otwarcie faworyzując film Spielberga:

Wszystko, co wymyślone, zostało zrealizowane bezbłędnie. A co zostało wymyślone? To, niestety, przedstawia się skromnie, a jeżeli idzie o Gwiezd­ne wojny, bardzo skromnie. Jest to opowieść w konwencji komiksu o wyprawie kilku młodych ludzi z planety wolności i buntu do sie­dziby kosmicznego imperium. Mają odbić pojmaną księżniczkę (!), która w dodatku posiada tajne plany umożliwiające pokonanie imperialistów. Bójki, podstępy, zwarcia – operacja się udaje, „nasi” z odzyskaną księżniczką uciekają, tamci postanawiają dokonać teraz inwazji. Lecz dzięki sekretowi zdobytemu przez księżniczkę atakująca planeta imperialistów zostaje w ostatniej sekundzie rozsadzona, „nasza” zaś pozostaje siedzibą piękna, wolności itd.

(...) Gwiezdne wojny są więc opowiadaniem głupim, ale wdzięcz­nym.

 

FILMOWY SERWIS PRASOWY 1979

Luke wynajmuje „Tysiącletniego Sokoła”, zdezelowaną rakietę kosmiczną międzygwiezdnego przemytnika Hana Solo, którego drugim pilotem jest człekokształtna małpa Chewbacca. Przedostają się do bazy imperium, gdzie Ben Kenobi walczy laserowym mieczem z Darthem Vaderem, a roboty próbują wykraść plany Gwiazdy Śmierci. Ben Kenobi ginie, ale w dalszym ciągu wspomaga Luke’a psychiczną mocą umożliwiającą im ucieczkę z księżniczką.

Ben (Obi-Wan) Kenobi – kawaler Rycerzy Jedi. Jest ostatnim, który włada duchową Mocą, niszczącą nieprzyjaciela

Chewbacca – człowiek małpa z planety Wookie, drugi pilot rakiety Hana Solo

Lord Darth Vader – pół-człowiek i pół-robot, obdarzony nadprzyrodzoną siłą, którą wykorzystuje w służbie Imperium

Żołnierze Imperium – roboty w służbie Dartha Vadera

 

 

Pomimo jawnej niechęci polscy krytycy byli w pełni świa­domi ogromnego sukcesu kasowego Gwiezdnych wojen za oceanem. Wiedząc, że ich zdanie nie będzie w stanie znie­chęcić widzów, kapitulowali w obliczu masowej popularności filmu:

Można by co najwyżej, jak Zygmunt Kałużyński, bezradnie roz­łożyć ręce i powiedzieć, że oto – proszę bardzo – jest, co się pań­stwu podoba, a rola moja jako recenzenta jest w tym przypadku niepotrzebna, bo co ja tu państwu będę opowiadał, kiedy jest to oczywisty debilizm, tyle że zwielokrotniony i z tą małą poprawką, że Gwiezdne wojny ogląda się znakomicie.

 

W 1983 roku, po polskiej premierze Imperium kontratakuje, postrzeganie Gwiezdnych Wojen przez polskich krytyków nie było wcale lepsze. Wacław Sadkowski swoją recenzję piątego epizodu napisał z przymusu, od pierwszego akapitu zazna­czając, że najchętniej w ogóle by niczego na temat tego filmu nie pisał. Popularność tytułu wśród publiki sam sobie tłuma­czył panującym „bezrybiem”, a wtórował mu Marek Groński z „Polityki”, który zrzucał wszystko na karb lekkomyślności młodocianej widowni.

 

Co ciekawe, Sadkowski jasno widział w postaci mistrza Yody przyjazną twarz azjatyckiego wroga Ameryki, choć jego spo­strzeżenia nie zmierzają do żadnej konkretnej konkluzji:

Trzeba wziąć pod uwagę głębię nieuświadamianych nieraz uprzedzeń wobec „żółtków”, uprzedzeń rozpowszechnionych w społeczeństwie amerykańskim (podsycanych obecnie zarówno przez rywalizację japońsko-amerykańską, jak i przez nie zawsze godne zachowanie południowowietnamskich uchodźców), aby zrozumieć, że nie jest to akcent w filmie przypadkowy ani bez znaczenia.

 

Czy zatem możemy za niechęć polskich krytyków do Gwiezdnych Wojen obwiniać ich intelektualne zacietrzewienie? Kino rozrywkowe, choć technicznie stojące na najwyższym poziomie, traktowane było wtedy z góry, niczym prosta jar­marczna rozrywka dla niewymagającej gawiedzi. Przywodzi to na myśl same początki kina, gdy film nie dorobił się jeszcze rangi sztuki i był widowiskiem niegodnym intelektualistów czy osób z wyższych sfer. Doceniano wówczas możliwość reje­strowania ruchu przez kinematograf, kontemplowano jego możliwości dokumentalne, ale jednocześnie pogardzano fabu­laryzowanymi filmami.

 

Gwiezdne wojny popełniły jednak gorszy grzech – zamiast pouczać i stawiać trudne pytania, jak kino amerykańskie lat 70. lub nasze kino moralnego niepokoju, odwoływały się do nostalgii. Oferowały fantastyczny świat zaprezentowany w czerni i bieli, gdzie w znany z bajek naszego dzieciństwa podział na dobro i zło wpisano opowieść awanturniczą. Dzie­ło Lucasa jest bursztynem, w którym uwięziono ulotną magię beztroskiego dzieciństwa.

 

Ówczesna degradująca krytyka Gwiezdnych wojen przypo­minała w swojej wymowie mające wtedy już 30 lat przemó­wienie Wandy Jakubowskiej z Kongresu Zjednoczeniowego. Choć ideały kina socrealistycznego upadły jeszcze przed pre­mierą Nowej nadziei, to zarzuty o ogłupianiu widzów przez filmowe brednie z Ameryki brzmią bardzo znajomo: (...) zniszczywszy od podstaw amerykańską sztukę filmową, produkując zamiast niej filmową szmirę, imperializm amerykań­ski niszczy z kolei sztukę filmową państw Europy Zachodniej (...) Kraje te zalewane są tandetą po to, by zdeprawować, otumanić i ogłupić masy pracujące, aby nieświadome i bierne stały się na­rzędziem ekspansji politycznej imperializmu, wbrew swoim najży­wotniejszym interesom.

 

 

Gwiezdne Wojny to jednak znacznie więcej niż tylko „głu­pie opowiadanie”. Aż dziw bierze, że świat, w którym bru­talnemu reżimowi szaroburego Imperium przeciwstawiają się miłujący wolność i demokrację młodzi rebelianci, nie został szerzej doceniony przez polskich dysydentów. Chyba trudno sobie wyobrazić lepszą, bardziej nośną metaforę sytuacji na­szego kraju na przełomie lat 70. i 80 XX wieku.

 

drukuj