Dni Mrocznego Rycerza

Frank Miller  16 września 1966 r.

1963 r. (a może `64? Dokładna data jest niepewna. Ale za to pamięć - wciąż żywa.)

Dom towarowy w Vermont. Mam 6 (lub 7) lat. Natrafiam na 80-stronicowy komiks-gigant z Batmanem w roli głównej. Otwieram go. Przeglądam. Wpadam po uszy. Szkoda, że nie prowadziłem dziennika. Ale kto mógł wiedzieć? Nikt. No, może Dick Giordano. Może Dick miał przezucie, do czego może dojść. Był w owym czasie redaktorem naczelnym DC Comics i to on od wielu miesięcy pchał Batmana naprzód. Bez względu na to, czy wiedział, co z tego wyjdzie, czy nie, był nieustępliwy. Był zafiksowany.


1984 rok. W wielu restauracjach i barach hotelowych Dick Giordano mówi mi, że sprzedaż Batmana jest niska. Co jednak się dzieje, kiedy przeprowadzone zostanie badanie w którymś z fanzinów? Batman okazuje się być jednym z najbardziej lubianych bohaterów. Sprawy dojrzały do ponownego wytoczenia starej armaty.
Był to jednak pewien problem. Coś, co w tym czasie bardzo mnie męczyło, a co wiązało się z Batmanem. On nie był stary, niech go. Mimo ponad 50 lat publikacji, nie miał nawet jednej zmarszczki. Był wciąż przystojny i niezmiennie liczył sobie 29 lat. Nawet jednej skazy. Nigdy nawet cienia możliwości, iż jego siła gdzieś odpłynie. Wiecznie młody, młodszy od Magica Johnsona, czy Michaela Jordana. Odporny na działanie czasu.


1985 rok. Moje mieszkanie w Nowym Jorku. Nagle dochodzę do niezbyt przyjemnego wniosku. Tuż za rogiem czają się moje 30 urodziny. Jestem zmuszony stać się rok starszy od Batmana.
W ostatnim czasie udało mi się zaakceptować fakt, iż Spider Man jest młodszy od mojego braciszka. Ale Batman? Batman? Mój ukochany bohater z lat dziecinnych? Ta niesamowita, ojcowska postać? Czy naprawdę będę starszy od Batmana?
To nie do pomyślenia. Musiałem coś zrobić.


Jeszcze tego samego roku, na pokładzie samolotu lecącego do Teksasu. Dick Giordano i ja sączymy wino i gadamy. Pełen entuzjazmu, nieporadnie przedstawiam mu zbiór pomysłów dotyczących Batmana. Podstawowy koncept to przeniesienie bohatera w czasie i opowiedzenie jego ostatniej akcji. Przeniesienie w czasie - och, tak przez przypadek - uczynienie go starszym niż ja jestem.
Odmalowałem przed Dickiem gros scen. A on mnie zachęcał. Bym nie przestawał Zaatakowałem go surową, chaotyczną fabułą, nie będącą jeszcze opowieścią. Mieszaniną fajnych rzeczy, które Batman zrobi lub powie i które doprowadzą do zupełnie abstrakcyjnego zakończenia - zakończenia jakiego DC nigdy nie opublikuje.


Na tym etapie "Powrót Mrocznego Rycerza" był - używając technicznego żargonu - jednym wielkim bałaganem. Jednak pełnym entuzjazmu. Koniecznie chciałem się za niego zabrać. A dobry redaktor wie, kiedy pozwolić zacząć. Dick uniósł kciuk do góry, bez wątpienia modląc się, czy zdoła mnie powstrzymać od uczynienia zbyt wielu szkód.
Zebranie zespołu było najłatwiejszym etapem pracy. Kiedy przyszło do pracy z innymi artystami, byłem szczęśliwy niczym głupiec; po wielokroć szczęśliwy.


Przede wszystkim mój partner od wieków, Klaus Janson, który wniósł energię i werwę w rysowane przeze mnie ołówkiem obrazki "Daredevila" Marvel Comics. Kiedy kończyliśmy pracę nad "Daredevilem", Klaus wykonywał lwią część roboty przy rysunkach, ni więc dziwnego, że kiedy zarzuciłem tego bohatera, został samodzielnym rysownikiem. Pytanie brzmiało, czy zechce znów współpracować. Cóż za szczęście: chciał.
Porzuciwszy "Daredevila", pracowałem nad moim pierwszym komiksem, "Roninem", opublikowanym przez DC Comics. Kolorami zajmowała się Lynn Varley, która plansza po planszy wprowadziła zupełnie nowy standard do komiksu. Lynn tak naprawdę przedefiniowała rolę kolorów w komiksie. Wniosła nastrój i ciepło, i głębię do moich czarno-białych szkiców, które bez jej artystycznych umiejętności były niekompletne. Nawet historia była chłodniejsza, niedokończona, dopóki ona nie dotknęła jej pędzlem. Lynn bardzo wysoko podniosła poprzeczkę innym kolorystom.
Mniej widocznym członkiem zespołu tworzącego "Ronina" był Bob Rozakis, producent z DC, który zostawał wraz z nami do późnych godzin nocnych podczas tych wyczerpujących chwil, kiedy sprawdzaliśmy efekty pracy drukarni, i rozwiązywali nieskończoną liczbę nieprzewidywalnych problemów. To był ambitny projekt, w którym niemal co godzina mieliśmy stawiać czoło nowym wyzwaniom. Wkład Boba nie był widoczny, acz znaczący. Przyłączając się do zespołu, niesamowicie rozszerzał nasze perspektywy.


Równie wielki wpływ na ostateczny kształt komiksu i na odczucia przez niego wywoływane ma dyrektor artystyczny. Neal Pozner, Richard Bruning i inni to żywe świadectwa, iż DC zawsze starało się mieć na tym stanowisku kogoś cholernie dobrego. Jak pokazuje niniejsza edycja, wydawnictwo stosuje tę praktykę po dziś dzień.


1977 rok. Mieszkanie szefa DC, Jenette Kahn. Przyjęcie. Z ciekawością przyglądam się niesamowitym opowieściom, których zbiór posiada Jenette. Trafiam na przyjemnego, dowcipnego pisarza, Mike`a W. Barra. Niemal od razu łączy nas przyjaźń. Nie mija zbyt wiele czasu, a rozmawiamy o Batmanie. Pomysły wypływają jeden po drugim. I będzie się tak dziać podczas każdej rozmowy, przez wiele następnych lat.


1979 rok. Biura wydawnictwa Marvel Comics. "Daj ten pomysł związany z Batmanem" - mówi pisarka i redaktorka Jo Duffy, w odpowiedzi na pomysł sceny, którą chce wpleść do "Daredevila". Wtedy chyba po raz pierwszy powiedziała coś takiego. Jo zawsze pobudzała i świetnie doradzała. Była redaktorem, kolegą, konsultantem i przyjacielem. Oczywiście przez następne lata miała wiele do powiedzenia o Batmanie.


Nic nie powstaje w próżni. To szczera prawda, bracie, szczególnie gdy bierzesz na cel bohatera, którego kochają całe pokolenia czytelników. Trzepoczące skrzydełkami muzy napływały podczas gadek na przyjęciach, rozmowach przy obiadkach, tudzież a trakcie pokerka.
Powiedzmy sobie szczerze. Gdybym chciał stworzyć listę osób, dołożyły coś od siebie do tej opowieści o Batmanie, nie starczyłoby miejsca na nią samą.


Tworzenie "Powrotu Mrocznego Rycerza" było niczym przejażdżka rollercoasterem - raz w górę, raz w dół; niezliczone żałosne argumenty i radosne zakończenia. Czasem, pchając cały ten wózek, czułem się raczej jak cyrkowiec niż autor. W powietrzu unosiły się muzy trzepocząc skrzydełkami.
I był też Batman we własnej osobie. Był prawdziwym szefem. Zdecydowany, obdarzony autorytetem. Miał osobowość i cel. Łatwo go było określić. Ani małostkowy ani nadąsany. Nie jęczy. Nie rozczula się nad sobą. Jest sprytny. Jest szlachetny. I co najważniejsze: jest wielki. MA wielką pasję. Nawet ciążący mu smutek nie wywołuje depresji. A jego triumf jest iście olimpijski.
On nalega. Upiera się.


A potem, paradoksalnie, głupi na pierwszy rzut oka niedorzeczny materiał powraca. Jaskinia nietoperza bez pięćdziesięciostopowej jednocentówki wydaje się niekompletna. Kiedy komisarz Gordon chce wezwać swego ulubionego, wyjętego spod prawa bohatera, nie robi tego dyskretnie, co uczyniłby pewnie każdy, kto ma choć trochę oleju w głowie. Nie. On rozświetla niebo, włączając słynny sygnał. Gdybym miał do dyspozycji jeszcze z setkę stron na "Powrót Mrocznego Rycerza", być może powołałbym do życia gigantyczne maszyny do pisania i małego Batmanka.
Nigdy nie chciałem wprowadzać postaci Robin. Ale pewnego dnia narysowałem małą osóbkę w jaskrawym stroju, skaczącą z budynku na budynek, osaczoną przez szaro-czarne drapacze chmur... I tak narodziła się Robin.


1985 rok. Wysokość 30 000 stóp. Rozmawiam z rysownikiem, Johnem Byrne, o Batmanie. John mówi o Robinie. "Robin musi być dziewczyną" - powiada. wspomina rysunek Jaime Hernandeza z "Lock & Rockets". Rysunek Robina-dziewczyny. Dla potwierdzenia swej teorii, John pokazuje mi szkic własnej roboty.
Ale to Lynn Varley nadała Carrie Keane Kelley ostateczną postać. Nie będzie przesadą stwierdzenie, iż Lynn redagowała i współtworzyła Robin, w tym jej wypowiedzi. To jeszcze jeden przykład, że Lynn włożyła do "Powrotu Mrocznego Rycerza" coś więcej, niż tyko paletę barw i pędzelki. Ten komiks jest tak mój, jak i jej.


Koledzy, przyjaciele i trzepoczące skrzydełkami muzy. Wszyscy byli niezwykle hojni.
No, i załatwiłem wszelki palące sprawy. Muszę jeszcze przesłać podarunek tamtemu chłopakowi z przeszłości, który otworzył komiks o Batmanie i zatopił się w nim po uszy, by nigdy do końca nie wypłynąć.

Dedykowane Willowi Jungkuntzowi (1955-1985)
Frank Miller

drukuj