Komiks w bibliotece

Przeglądając katalogi wnętrzarskie, obserwuję, że coraz rzadziej na półkach goszczą książki. Być może designerskie gadżety i postępująca cyfryzacja sprawiają, że my, ludzie dorośli, coraz mniej funduszy angażujemy w papierowe nośniki informacji, rozrywki i piękna, jakimi są książki. Taka postawa z pewnością nie wyrabia nawyku czytania u naszych pociech. A przecież ta umiejętność to podstawa jakiegokolwiek kształcenia. Wzmacnia ją komiks. Jest osobnym medium kultury, ale też doskonale nadaje się do rozmiłowania się w czytaniu. Zachód, na który lubimy się często powoływać, odkrył to już dawno. My dopiero teraz. 

 

W czerwcu ubiegłego roku Ministerstwo Edukacji Narodowej ogłosiło treść nowej podstawy programowej i – co podkreślam moim małym życiowym komandosom – po raz pierwszy w historii polskiego szkolnictwa komiks stał się obowiązkową lekturą szkolną. Wybór padł na ulubieńców mojego pokolenia (40+): wojów Kajko i Kokosza ukazanych w przygodzie Szkoła latania. Pierwszy raz nie słyszałem u młodzieży żadnych jęków rozpaczy, ogłaszając im termin omawiania lektury. (z siódmymi klasami i Quo vadis już tak łatwo nie poszło). Problem pojawił się, gdy dosyć solidna dziecięca ekipa postanowiła pożyczyć album w bibliotece – pierwsze, co usłyszała to: sztuk zero. Reforma nowa, więc po jakimś czasie braki uzupełniono. Wraz z pochłanianiem komiksu przez kolejne klasy czwarte pojawił się problem następny: gdzie przeczytać kolejne części, bo rzecz się spodobała i dzieci z chęcią poznałyby kolejne perypetie bohaterów. A przecież komiksy Janusza Christy to wierzchołek góry lodowej. Medium komiksowe ma do zaoferowania przygody tysięcy innych bohaterów.

 

      

 

Chcąc sprzedać naszym wychowankom trochę starej szkoły, tak by lepiej rozumieli nasze niezrozumiałe „suchary”, możemy zaoferować im Przygody Jonki, Jonka i Kleksa, powołać się na dobrze wypromowanych (bo widzianych w animacjach i filmach aktorskich) Asteriksa, Smerfy czy Lucky Luke’a. Po klasyce możemy polecić im kontynuatorów tych idei. Nowe Przygody Kajka i Kokosza (tak, tak – są tworzone i coraz lepsze) czy pokłosie konkursu im. Janusza Christy,dowcipne i ładnie narysowane albumy o przygodach dziecięcego superbohatera Drapaka, małoludów Lila i Puta, czy coś dla wrażliwych małych duszyczek – Malutkiego Liska i Wielkiego Dzika (moja córka jest urzeczona).

 

„Biblioteka jako szczególna organizacja non profit, miejsce, w którym z jednej strony przechowuje się i udostępnia dorobek kulturowy przeszłości, z drugiej współtworzy kulturę współczesną” (cytat z artykułu Piotra Karwańskiego o misji biblioteki) już dawno powinna udostępnić półki coraz modniejszej, a przez wiele lat niedocenianej muzie komiksu.
Bo za tą kolorową i atrakcyjną boginią w mury biblioteki zawitają najmłodsi (pobudzeni lekturą szkolną) i ci starsi, poszukujący przygód wojownika Thorgala (od czterdziestu lat obecnego w polskiej i nie tylko popkulturze). Poznawszy kinowe produkcje i seriale telewizyjne o superbohaterach, będą szukali komiksów Marvela o przygodach Spider-Mana, Avengersów, czy Strażników Galaktyki lub komiksów ze „stajni” DC Comics, gdzie królują Batman, Superman, czy Wonder Woman. Odkryją też bogactwo komiksów frankofońskich: kryminały, dramaty psychologiczne, obyczajowe, SF, fantasy i horrory – wszystko to, co z przyrodzenia mają do zaoferowania sztuki narracyjne. Te starsze i te nowoczesne będące jednością słowa i obrazu. Jeżeli młodzież znajdzie to, czego szuka – zostanie. Zostawszy, będzie buszować po półkach i na nowo eksplorować niezmierzone światy stworzone przez pisarzy i artystów komiksowych. I co najważniejsze dla nas, rodziców, pedagogów i bibliotekarzy – dzieciaki będą się rozwijać. A czy nie tego wszyscy chcemy? Nic tylko po komiks marsz… do biblioteki!

 

 

 

    

 

 

Waldemar Miaśkiewicz– nauczyciel języka polskiego, wychowawca,  publicysta Nowej Fantastyki i Czasu Fantastyki

drukuj