Wywiad z Autorem

Nie traktuję tego śmiertelnie poważnie

Tadeusz Baranowski opowiada o swoich komiksach


Początki...
Interesowałem się komiksem już w latach 50., kiedy w Polsce prawie go nie było. Pojawienie się magazynu "Przygoda" było dla mnie wielkim wydarzeniem. Miałem też dostęp do francuskiego pisma komiksowego "Valiant". Ojciec, artysta-plastyk, był zdecydowanie przeciwny tej fascynacji. Podczas nauki na ASP w ogóle nie zajmowałem się komiksem. Po studiach zacząłem pracować w "Świecie Młodych", a tam potrzebowano komiksu bardzo dużo, bo pismo ukazywało się trzy razy w tygodniu. Nie odpowiadało mi rysowanie do scenariuszy innych, więc zacząłem sam sobie je pisać. Wtedy rysowałem dużo historyjek dla dzieci, a Młodzieżowa Agencja Wydawnicza postanowiła, że zrobi z nich książeczki. To były czasy, kiedy łatwo było sprzedać trzy miliony egzemplarzy...

Humor...
Ja nie traktuję tego śmiertelnie poważne, co widać w moich komiksach. Zawsze bawiło mnie wiązanie formy rysunkowej z treścią, chodziło o to, żeby była ona jak najbardziej przewrotna. Na przykład kiedy Profesorek Nerwosolek podróżuje z Entomologią po Trójkącie Bermudzkim, ten Trójkąt się wywraca, potem wstaje, najważniejsze jest to, że cztery kąty i piec piąty, a w ogóle to przydałaby się kwadratowa kula. Często scenariusze pisałem na złość komuś. Tak było z jednym z odcinków Orient Mena ("Świat Komiksu" 5 -przyp. red.). Tomasz Kołodziejczak powiedział, że jest za mało śmiesznie, więc dopisałem: "żeby było śmieszniej" wszędzie gdzie się dało. I to wyszło komiksowi na dobre. Zawsze bardzo lubiłem dowcip skojarzeniowy, to że pewne słowa mają podwójne dno. Jeśli pod określony tekst, który wydaje się być zwyczajny, podłoży się przewrotny rysunek, otrzyma się efekt komiczny. I to mnie stale bawi.

Jak powstają komiksy...
Kiedy zasiadam do rysowania planszy, historie mam już obmyślaną od początku do końca. Potem ewentualnie wprowadzam drobne korekty. Rzadko scenariusz przychodzi mi do głowy od razu, częściej rodzi się w bólach. Przy dużym wysiłku jestem w stanie przygotować cztery plansze miesięcznie, tyle czasu zajmuje pisanie scenariusza, narysowanie planszy ołówkiem, potem piórkiem, pokolorowanie, zeskanowanie i obróbka komputerowa.

Nowości i plany...
Moje komiksy po powrocie z Belgii, gdzie pojechałem na zaproszenie Rosińskiego, nie wzbudzały wielkiego zainteresowania i dopiero w ostatnich latach pewna agencja reklamowa zleciła mi rysowanie słonia "Twist" do "Komiksowa" w "Gazecie Wyborczej". Poza tym firma Zurich postanowiła ze swoją ofertą trafić do osób z mojego pokolenia, więc zwrócono się do mnie z propozycją stworzenia komiksu do Internetu. Zaproponowałem im "Praktycznego Pana". 27 lat temu wymyśliłem postać Praktycznego Pana jako antidotum na komiksy dla dzieci. Niektóre dowcipy w tych historiach są bardzo grube. Ostatnio na konwencie zagorzali fani mi o nim przypomnieli, więc zacząłem rysować kolejne odcinki dla siebie, bez żadnego zamówienia. Zurich zgodził się na "Praktycznego Pana", więc przygotowałem już 26 odcinków tego komiksu.
Moje plany są uzależnione od wydawców. Mam jeszcze do narysowania 12 odcinków "Praktycznego Pana" do Internetu, poza tym prowadzę rozmowy na temat zebrania wszystkich "Orient Menów" i wydanie ich jako album.

Polski rynek komiksowy...
Na rynku jest w tej chwili dużo świetnych rysowników. Jednak cierpią oni na brak dobrego scenariusza i odpowiedniego wynagrodzenia. Z młodych dla mnie numerem jeden jest "Jeż Jerzy" Skarżyckiego i Leśniaka.

Rady dla młodzieży...
Komiks wymaga przede wszystkim wielkiej pracowitości. Trzeba umieć wszystko pokazać. Jak się okazuje, że się nie umie narysować konia, a koń jest niezbędny, to zaczyna się tragedia. Jeżeli ludzie chcą tworzyć komiksy, muszą rysować dużo. A niestety praca przy komiksie jest żmudna i pochłania mnóstwo czasu.
A scenariusze to już wola Boża...
Wspomnienia rysownika zapisała Ksenia Chamerska ("Świat Komiksu" 23, czerwiec 2001)

drukuj