Opowieści Ojca Koka

Janusz Christa, autor "Kajtka i Koka w kosmosie", w swojej długiej karierze rysownika komiksów przeżył wiele przygód równie atrakcyjnych, co stworzeni przez niego bohaterowie. Oto kilka jego wspomnień...

Gryzmolenie
Już od powszechniaka gryzmoliłem i gryzmoliłem. Na wszystkich lekcjach. Całe zeszyty były zabazgrane - z jednej strony temat, a z drugiej gryzmolenie. Nauczyciele zwracali uwagę, opieprzali, obniżali stopnie, wzywali rodziców. Ale ja mam podzielna uwagę, mogę rysować i z powodzeniem równocześnie słuchać radia. Wiec rysowanie wcale mi nie przeszkadzało w uważaniu na lekcjach. W gimnazjum jeden z belfrów spostrzegł kątem oka, że rysuję i dalej prowadził wykład. Nagle zrobił przerwę:
- Christa, wstań i powiedz, o czym mówiłem.
A ja mu słowo w słowo powtórzyłem. Wysłuchał w zdumieniu i stwierdził:
- Wiesz co, a gryzmol sobie, skoro nic nie możemy na to poradzić.


Bierut
Gdy byliśmy w liceum, każdy musiał - chciał, czy nie chciał - kupować "Sztandar Młodych". Nikt tego nie czytał, bo to szmatławiec był straszliwy. Raz, na imieniny (czy urodziny, cholera wie), na pierwszej stronie wydrukowali olbrzymią twarz tego Bieruta. To ja, dawaj, kulfona mu domalowałem, usta, brwi, w ogóle gęba wyszła ślicznie. A Tadzio, co siedział obok mnie, w swoim "Sztandarze" zrobił z niego Hitlera. To nawet łatwo było: grzywkę mu domalował, wąsy, chociaż Bierut i tak przecież miał wąsy. I belfer zauważył, że (o dziwo!) Tadzio gryzmoli. Gdy Christa gryzmolił, to nic dziwnego, ale ten?
- Chodź tu, Tadziu, co ty tam rysujesz?
Ten z całą naiwnością pokazał mu gazetę. A belfer klasie. Też durny, bo teraz już za dużo osób widziało. Klasa w pierwszym momencie ryknęła śmiechem. A ja, czując aferę, swoja gazetę szybko schowałem. Mnie nie dorwał.

Za 15 minut była w szkole Ubecja. Tadzia i mnie za dupska do Gdyni, tam wtedy była wojewódzka komenda. Ubecy byli święcie przekonani, że to moja robota, bo w szkole już im donieśli, że mam świra na punkcie rysowania. Poza tym, na UB doskonale znali mego starszego brata, który służył u Łupaszki, potem się ujawnił, siedział. Ale Tadzio przez cały czas, zresztą uczciwie, mówił:
- To ja rysowałem. Christa narysowałby to znacznie lepiej.
Dostał równo rok poprawczaka. A ja tylko w mordę dostałem.

Gazetka
Pracowałem w Dalmorze (centrali połowów morskich). Najpierw jako perkusista w orkiestrze, ale z czasem orkiestrę rozwiązali i nie miałem nic do roboty. Zwolnić mnie nie chcieli i wymyślili, że ja tak lubię rysować, to mogę robić gazetkę ścienną o bumelantach i złodziejach. Takich, którzy się spóźniają do pracy czy wynoszą kilo śledzi z zakładu. A było co kraść. Naród biedny, to i kradnie, zwłaszcza taki rybak, który łapał tych ryb od cholery, a do domu nie miał żadnej, żeby choć poczęstować rodzinę. To i brał pod pachę, szedł, a na bramce wartownicy sprawdzali. Wprawdzie nie każdego, ale od czasu do czasu kogoś złapali.
- Christa, napisz imię, nazwisko i narysuj, jak on w takiej masce bandziora kilo śledzi kradnie.
Więc rysowałem. W końcu spotkała mnie banda chłopaków-rybaków i mówią:
- Ty przestań, chłopie, robić jaja! Przestań tu wyrysowywać takie durnoty, bo ci nakopiemy do tyłka!
Ja byłem zawsze uczciwy i sądziłem, że to nic złego, że ja tylko tępię złodziei, bo kraść nie należy. Ale jak usłyszałem taki tekst, a chłopaki były każdy jak szafa, to dałem z tej pracy dyla.

Papier
Moje pierwsze komiksy rysowałem na kalce technicznej, bo w żaden sposób nie można było dostać brystolu. Ale z czasem wpadłem na pomysł z papierem fotograficznym. Po jednej stronie była kładziona emulsja, ale po drugiej był brystol - dobry zagraniczny papier. Agfa to robiła.
Kiedyś w sklepie mi odbiło. Poprosiłem o dwie paczki. Chodziło o największy rozmiar, bo paski z komiksami tylko w takim formacie się mieściły. Było drogo, ale trudno. Baba mi podaje. A ja pytam:
- Czy pani sprawdzała, że to jest biały papier, a nie różowy czy niebieski?
- Ależ skąd, proszę pana. Oczywiście, że biały!
- Zaraz, zaraz, chwileczkę. Ja tu kupuję kota w worku. Muszę mieć pewność.

A ja rozdarłem te kopertę, wyciągnąłem papier, patrzę - faktycznie biały. Chociaż tylko z jednej strony, bo z drugiej zaraz się prześwietlił i zrobił się czarny. W tym momencie ona z wrzaskiem:
- Proszę pana, ja teraz od pana tego nie przyjmę! Ten papier jest prześwietlony!
- Wcale nie chcę, żeby go pani przyjmowała. Taki właśnie mi pasuje.

Popukała się palcem w czoło.

Piórka
Przez lata kupowałem radzieckie piórka do rysowania. Były strasznie twarde, rysowało się jak drutem. Spytałem nieżyjącego już dziś Jurka Wróblewskiego:
- Słuchaj, jakim piórkiem ty rysujesz? Te ruskie są przecież pancerne... a polskie to w ogóle do niczego się nie nadają..
- Wiesz, kupiłem w Składnicy Harcerskiej silniczek do samolotu napędzany bateryjką - odpowiada mi Jurek. - Japoński, bardzo dobry. On ma taki dziobek, trzeba na niego nadziać dużą gumkę do ścierania, ale idealnie okrągłą. Potem oblepić ją najcieńszym papierem ściernym i gotowe.

Wiec też sobie taki silniczek kupiłem. I powoli, dokładnie przypatrując się przez lupę, tarłem. Dopiero jak pół piórka spiłowałem, stawało się elastyczne, dzięki czemu mogłem osiągnąć moja miękką kreskę.

Uratowane paski
Najwięcej komiksowych odcinków zginęło mi w czasach "Wieczoru Wybrzeża". Czasami z tygodniowej porcji sześciu pasków wracały do mnie trzy. W redakcji rozkładali ręce:
- Niech pan idzie do drukarni. Tam sobie interweniuje.
A ja w drukarni nawet nie wiedziałem, z kim mam gadać - w końcu drukarnia to nie jest paru ludzi. Ale poszedłem. Krążyłem od jednego kierownika do drugiego, wreszcie trafiłem na właściwego faceta, który odbierał oryginalne klisze po wydrukowaniu.
- Odkładaj mi pan te klisze - mówię do niego, jak Polak do Polaka. - Ja panu co miesiąc będę za to pół litra przywoził.
I dzięki temu sporo tych pasków się uratowało.

Scenariusze
Z rysowaniem codziennego komiksu do "Wieczoru Wybrzeża" roboty było dość. Cały czas siedziałem i zasuwałem jak wół. Moja obecność w redakcji ograniczała się do tego, że raz w tygodniu przynosiłem paski. Czasami ostatni, szósty odcinek, ten do wydania sobotniego, kończyłem w sposób dramatyczny: "O Jezu, i co dalej?". Ale ja w tym momencie nie wiedziałem, co dalej! Wymyślałem o tydzień później. Tak szło latami. W życiu nie pisałem takich scenariuszy od początku do końca. Zawsze ograniczałem się do tych sześciu pasków i dalej nie miałem pojęcia, co będzie.

Potem przeniosłem się do "Świata Młodych" i tam zażądano ode mnie scenariuszy do komiksów. Scenariusze - ha, to była dla mnie duża nowość! Kazali mi najpierw przedstawić historie w całości, i to rozpisana na poszczególne rysunki, bo gazeta była ogólnopolska i cenzura musiała przywalić stempel. Więc siadałem i zaczynałem pisać. Im więcej napisałem, tym bardziej mi się moje pisanie nie podobało. I tu skreślę, i tam skreślę, i to poprawię, i jeszcze mi się nie podobało. Wreszcie okazywało się, że pierwotny pomysł w niczym nie przypominał tego, co ostatecznie napisałem. Ja się nad scenariuszami bardziej wtedy męczyłem niż na rysunkami.

Komiksu, jak każdego rzemiosła, trzeba się nauczyć. Będziesz naprawdę dobry dopiero po wielu latach pracy. Chcesz dobrze rysować - zagryzmol najpierw dwa wagony papieru.
Janusz Christa

Po latach
Dawniej komiks był czymś wstydliwym, o czym nie należy mówić. Przekonywałem ludzi, że poważne pisma drukują dowcipy rysunkowe.
- Ale pojedyncze - odpowiadali.
- A czym to się różni, do cholery, od tego, że ja zamiast jednego rysunku zrobię cztery i wsadzę tekst? - ripostowałem. - Czym to się różni od filmu rysunkowego?
- Tym, że film rysunkowy się rusza.


Nie bardzo mogłem ich przekonać. I już chyba nie przekonam.


Wspomnień Janusza Christy wysłuchali Krzysztof Janicz i Juliusz Soławski ("Świat Komiksu" 25, listopad 2001)
 

drukuj