Wywiad z Autorem

BEZ MIĘCHA
Wywiad z Michałem "Śledziu" Śledzińskim


Pierwsze komiksy rysowałeś dla prasy komputerowej...
Jako nastolatek miałem dwie pasje: komiksy i gry komputerowe. Pierwsza z latami się nasiliła kosztem drugiej. Naturalną koleją rzeczy było zaczęcie rysowania o grach, łącząc przyjemne z przyjemnym, bo pożytku z tego nie miałem żadnego (oprócz samozadowolenia). Zaczęło się chyba w marcu 1995 roku w "Secret Service", to były pojedyncze rysuneczki, rzadziej komiksy. W lipcu tego roku pod wpływem intensywnej acz krótkotrwałej fascynacji amerykańskimi komiksami stworzyłem postać G-mana i wysłałem do kolejnego magazynu o grach - "Gamblera". Chciałem zaznaczyć swoją obecność w jak największej ilości tytułów niekomiksowych, bo ze "środowiskiem" komiksowym nie miałem żadnego kontaktu i za bardzo go nie szukałem, zresztą w czym mogliby mi pomóc? W listopadzie, podczas jednego z tych pięknych zimowych dni, kiedy się nie chce siedzieć w szkole, uderzyłem do "Świata Gier Komputerowych" (redakcja mieściła się 10 minut drogi od parku, gdzie siedziałem i jadłem kanapkę z serem). Chłopakom spodobały się moje prace, mniej widziała im się moja współpraca z konkurencją. Wtedy nie wiedziałem nic o cichej wojnie toczącej się między pismami tego typu. Złożyli zamówienie na komiksy, przyniosłem, było git, no i zostałem. W "Świecie" ciskam już te sprawy od prawie sześciu lat.

Fido i Mel pojawili się w ŚGK. Dlaczego zerżnąłeś ich z Animaniaków?
Tworząc postacie Fido i Mela, opierałem się na starych, czarno-białych kreskówkach, chciałem żeby mieli coś z Myszki Miki z tamtych czasów, stąd białe rękawiczki, podłużne patrzałki i takie niekolorowe facjaty. Rok później w telewizorni pojawiła się krecha "Animaniacy". Pomyślałem, jacy oni kurcze podobni do moich bohaterów i uznałem to za kolejny przejaw mojego geniuszu. Ale posypały się wtedy głosy, że zrzynam, a jak się też okazało, Amerykańce wyprodukowali krechę kilka lat wcześniej, więc dla świętego spokoju w jednym z odcinków poobcinałem Fido i Melowi głowy, by na końcu historyjki zaprezentować ich nowe oblicza.

Czy masz żółwia?
Żółw Skolman pojawił się, zanim Fido i Mel stracili głowy. Sam żółwia nie posiadam, ale miał go mój - zwierzak miał na imię Skolman. W czasie imprez dolewaliśmy mu do akwarium piwa i wódki, dziwnie się po tym zachowywał. Wciąż gapił się na gołą panienkę, którą miał naklejoną na jednej ze ścianek akwarium. Wtedy też po raz pierwszy pomyślałem o wędrówkach dusz. Idea była prosta, Fido miał ostro zryty beret, więc chciałem przyłączyć do niego jeszcze jednego wykręta, bardziej cynicznego, żeby skumać parkę, nie? Może by z tego dzieci były? Dlatego pewnego raz Fido wylądował połamany w szpitalu i na kilka odcinków zastąpił go jego kuzaj, Mel. Razem z Melem pojawił się Skolman, niepozorny żółw o wielkiej ambicji. W swoim pierwszym występie Skolmi zmłócił ukrytą w skorupie armatą jednego z bossów gry "Mortal Kombat". To przysporzyło mu dozgonnego szacuneczku czytelników, no bo kto lubił Goro?

Czy ŚGK odrzucił jakieś twoje komiksy?
Kilka historii odpadło z powodu niezbyt wysmakowanego dowcipu (pojawiali się zbici staruszkowie na klozetach, Lara Croft walcząca z przerażającymi pieluchmajtkami dla popuszczających emerytów). Oczywiście, ja rysując te historie, świetnie się bawiłem, a widząc marsową minę Piotra P., naczelnego pisma, trochę się dziwiłem. Odpadł też jeden komiks, w którym Skolmi pomylił prezerwatywę z gumą do żucia z amerykańskich zrzutów (to był wojenny komiks).

Wydawałeś też fanzin...
Po dwóch latach rysowania dla ŚGK zapragnąłem pójść dalej, bo nie lubię stagnacji. Zależało mi, aby o Śledziu było głośno, bo ten skubaniec dobry jest w tym, co robi, i szkoda, aby się chłopak zmarnował. Tak narodził się "Azbest". Projekt trzech kolesi z jednej licealnej ławy, co nie jednego jabolka razem obalili. Prawda, zbałamuciłem trochę chłopaków, roztaczając przed nimi wizję wielkiej kasy i sławy. Ogólnie chodziło mi o to, aby się dołożyli, bo ja nie dysponowałem taką gotówką, aby interes ruszył. W kwietniu wyszedł pierwszy numer. Były w nim dwa moje komiksy i dwie ilustracje. Założenie było takie, żeby puszczać dłuższe komiksy z jajami. A jaja były. To w "Azbeście" zadebiutowali Zdzichu i Wujas. Ten komiks to był hicior, dzięki scenariuszowi Gajosa (dla zaniepokojonych, Gajos powrócił cało z Ukrainy, będą nowe odcinki).

Komiks to według ciebie...
W "Azbeście" musiały być długie komiksy, chodziło o to, aby o czymś opowiedzieć. Bo komiks to opowieść. Niektórzy mają problem z odróżnieniem szitu od prawdziwego komiksu. Stąd te "cuda" na konwentowych wystawach. Wygląda to tak: kadr pierwszy - zdjęcie gołej sikory, napis "odeszła"; kadr drugi - rysunek kolesia w cieniu, napis "ciemność, mrok"; kadr trzeci - znów sikora wyginająca się na tle ściany, napis "kochałem ją". I koniec. Bomba. Ten człowiek nie ma pojęcia o komiksie. Gdzie jest narracja, gdzie opowieść? Pamiętam, że zrywaliśmy boki przy takich pracach. Nigdy nie uważałem komiksu za sztukę. Dla mnie sztuka to puste słowo, nie wiem, co oznacza. Kończąc plastyka, miałem o niej jeszcze mniejsze pojęcie, co raczej nie powinno nikogo dziwić. Dla mnie to czysta rozrywka, mniej lub bardziej uduchowiona, niosąca głębsze treści lub zupełnie trywialna. Komiks jest równy kinu, książce, teatrowi. Ktoś może nie czytać komiksu, tak jak nie chodzi do kina i wystarcza mu Big Brother w tv. Oki, nic do gościa nie mam. Ale jeśli ktoś mówi mi, że komiks to dziecinada, jest bucem (pozdrowienia dla tego kolesia, co grał Kmicica w "Potopie", jak mu tam? Nieważne, to du... pupek, miało być bez brzydkich słów. To tak, jakby powiedział, że nie lubi filmów, teatru, książek lub muzyki. Ignorant i powinien zostać zlikwidowany przez Likwidatora.

Wymień 5 swoich ulubionych rysowników, scenarzystów i bohaterów komiksów (nie licząc Śledzińskiego ani jego bohaterów)
Zawsze odpowiadam, że nie mam pojęcia. Nie mam ukochanych twórców, mistrzów, na których się wzoruję. Oczywiście, nie jestem ślepy, oglądam, czytam, ostatnio coraz więcej. Często krzyknę: "O k..., ale koleś ma łapę!", ale nie wydaję od razu ostatniego grosza, aby zdobyć album tego człowieka. Mogę rzucić paroma nazwiskami, ale to będą standardy: Moebius, Miller, Mignola, Mckeever. To z rysowników. Scenarzyści? Te same nazwiska. Ulubieni bohaterowie... hmmm i żaden nie przychodzi mi do głowy. Marv? Hellboy? Pitt Dale'a Keowna? Nie wiem. Jak widać, większość to Amerykańce. Nie dziwota, bo na nowo odkryłem Amerykę, właśnie dzięki tym gostkom. Ostatnia fascynacja - Joe Madureira i jego "Battle Chasers".

Kto lub co w polskim środowisku komiksowym najbardziej cię wkurza?
"Polskie Środowisko Komiksowe". Zbiorowisko koleżków, poklepujących się po ramionach i wymieniających uprzejmości. Pamiętam, jak w maju A.D. 1997 pojawiliśmy się z fąflami w Łodzi z pierwszym "Azbestem". Żarliśmy pizzę, opierając nogi na stole, było już po imprezie, zgromadziło się gremium, aby omówić sytuację komiksu w Polsce. Siedzieli i chrzanili trzy po trzy, a z tyłu za nimi trzech kolesi siedziało sobie ze świeżutkim, dobrze wydrukowanym komiksem, z dobrymi historiami. Wiedzieliśmy, że jesteśmy lepsi od nich. Idczak mógł wydawać swoje "Komiks-Forum", Tkaczyk ciskać nowe "AQQ" (naprawdę dobre pismo INFORMACYJNE), ale "ich" komiksów nie dało się czytać, to nie były opowieści. Oni nie wiedzieli, czym jest dobry komiks, dla ludzi. My tak. Jak się robi komiks, pokazali chłopaki z "Cyrkielni", za to ich szanuję. Oni musieli czuć to samo, co my, załoga najpierw "Azbestu", potem "Produktu". Żeby stworzyć prawdziwą opowieść, trzeba mieć jaja, nasze załogi miały je rozmiarów dorodnego łosia. Nie można się bać drażliwych tematów, nie można gonić w kółko w ramach obcykanych już naście lat temu schematów, nie można się bać opowieści, pokręconych bohaterów. Wracając do "środowiska". To słowo kojarzy mi się z przedmiotem z podstawówki. Nigdy nie chciałbym być częścią "tego". Wszystko, co robiłem, było poza "tym" i mam nadzieję, że tak zostanie. Ja rysuję dla ludzi, nie dla paru kolesi, którzy się naoglądali, obkupili i udają, że się znają na komiksie, bo mają pełną bibliotekę. W pismach "tego" pojawiają się recenzje "Produktu", ale jestem przekonany, że "to" czai coś około 20% z tego, co jest jasne dla każdego czytelnika "Produktu". Życia, panowie. Czas się zwlec z fotela i wyjść po zmroku na ulicę.

Skąd się wziął tytuł "Produkt"?
Bo czytelnik dostaje do ręki zwyczajny produkt, z papieru, zadrukowany, zapisany. Nic więcej. Tytuł mówi o nas wszystko, jesteśmy szczerzy, niczego nie ukrywamy. Kupujecie produkt, przy którym macie się dobrze bawić, wkurzyć, zastanowić. Komiks to produkt komercyjny, nie istnieje bez czytelnika, więc dlaczego nazywać go inaczej? Szczerze mówiąc, gdyby nie istniał "Świat Komiksu", ta nazwa chyba jako ostatnia przyszłaby mi do głowy.

Czemu w "Produkcie" rzucacie mięchem? Dla szpanu, a może nie umiecie inaczej?
"Produkt" to brukowa poezja miasta, dlatego tak wiele w nim rzucanego mięsa. "Osiedle Swoboda" to najlepszy tego przykład. Tej historii nie da się opowiedzieć w inny sposób. Wyobrażacie sobie, jak bohaterowie OS mówią do siebie w taki sposób: "Ojej, ale się wczoraj upiłeś, Marku!". Śmiech na sali. Zero wiarygodności. A inne komiksy? To zależy od temperamentu chłopaków, od ich samopoczucia. Jeśli chcą w komiksie nabluzgać, proszę bardzo, mi to nie przeszkadza, dopóki nie cierpi na tym sama opowieść. Jeśli ktoś się oburza, że cierpi na tym kultura języka, to chyba nie wie, w jakich czasach żyje.

Zaczęliście ostro, w pierwszym numerze bohater wymiotuje w kościele, a inni ludzie dostrzegają w tym pawiu Matkę Boską. Czy to nie zagranie pod publikę, takie wywoływanie sztucznego skandalu, żeby więcej sprzedać?
Nigdy nie mieliśmy zamiaru nikogo szokować. "Matka Mocna Extra Mocna" to był pierwszy odcinek "Swobody", nie miałem pojęcia, jak się ta opowieść dalej potoczy, patent z pawiem wydał mi się zwyczajnie doskonałym podsumowaniem epizodu. Dobrze, że czytelnicy odkryli prawdziwy kontekst tego wydarzenia. Nie gramy pod publikę, piszemy i rysujemy o tym, co nam na wątrobie leży, nawet jeśli jest to komiks fantastyczny, to jest on o życiu, tym i teraz.

Natomiast ostatnie numery są spokojniejsze, miejscami grzeczne. Ustatkowaliście się?
Myślę, że nie są wcale grzeczniejsze. Wciąż walimy dosadnie, tylko o innych sprawach. Nie możemy ciągle najeżdżać na dewotów, Kościół (nie religię!), wciąż wtykamy szpile, gdzie się da, może tylko ociupinkę subtelniej. Zresztą, my tworzymy komiksy, nie jesteśmy żadną organizacją czy bojówką, bo te są do bani. Pomysłów nam raczej nie brakuje, osobiście się staram, aby każdy odcinek "Swobody" wnosił coś nowego, stąd różne zabawy ze scenariuszem (np. pseudoreportaż w "Balladzie o Bystrym 2"). "Pokolenia" to przecież czyste nawiązanie do klasycznych parakomiksów, eksperymentem była "Phantasmata", nie ma przekleństw tylko senny klimat, jak w "Mieście zaginionych dzieci". To wszystko są genialne komiksy. Jeśli ktoś kupuje nas tylko dlatego, że w komiksach może przeczytać słowa na k, h, p, to z góry mu dziękuję, może nie wydawać pieniędzy na następny numer. "Produkt" to przede wszystkim dobre opowieści.

Gdzie są twoje granice cenzury wewnętrznej? Dostajesz świetnie narysowany, dobry, dowcipny komiks o... O czym musiałby być, żebyś odmówił jego druku w "Produkcie"?
Komiks, którego nie puściłbym w "Produkcie", musiałby być o... niczym. Co mnie obchodzi komiks, w którym kilku kolesi siedzi i bluzga sobie, jak to było gitnie na bibce, a ten to się zjarał. Każdy dialog, jaki piszę do "Swobody", jest o CZYMŚ. Pod przykrywką paru głupot wypowiedzianych przez chłopaków czai się jakaś myśl. Gdybym dostał dobrze opowiedziany, dowcipny komiks o gwałceniu sześciolatki, puściłbym go. Jeśli, oczywiście, nie wychwalałby samego czynu gwałtu. Czy to jest wewnętrzna cenzura? To słowo źle się kojarzy, a komiks musi tylko spełniać warunki mojego własnego moralnego kodeksu. Choć wiem, że moja moralność jest dla niektórych bardzo liberalna.

Z jednej strony funkcjonujesz jako guru zbuntowanych nastolatków, z drugiej - jesteś jednym z nielicznych zawodowych komiksiarzy w Polsce. Schizofrenia? Maski? Zakłamanie?
Czytelników "Produktu" nie nazwałbym "zbuntowanymi nastolatkami". To młodzi, myślący ludzie ze swoim zdaniem i poglądami. Nie rysowałem "Osiedla" jako manifestu. To zwyczajna, reporterska robota. Osiedle Swoboda to symbol każdego osiedla wybudowanego na przełomie lat 70. i 80. Takie chłopaki tam mieszkają, dlatego często dostaję listy typu: "Niedźwiedź to ja, tak się ubieram, tak mówię, tak się zachowuję". To nie przypadek, że czytelnicy "Produktu" tak szybko poczuli się jak bracia i siostry Swobodnej ekipy. To moje pokolenie, wyrosłem w nim i jestem taki. Zupełnie nie przeszkadza mi to w rysowaniu komiksów dla dzieci, choćby dla "Cybermychy". Zamówienie to zamówienie, jestem profesjonalistą, swoją prace chcę wykonywać jak najlepiej. I trzeba z czegoś żyć. I tak praca nad "Produktem" zajmuje mi 80% czasu. Myślę, że pozostałe 20% to niewielka cena, jaką płacę za możliwość rysowania takich komiksów, jak "Osiedle".

Jakie jest to pokolenie, które opisujesz w "Osiedlu Swoboda"? Czy rzeczywiście tak oddalone od swoich rodziców, ich problemów, ich wartości?
Ojciec nigdy do końca nie zrozumie syna, to syn może zrozumieć ojca, ale dopiero po pewnym czasie. Ja nie będę rozumiał mojego syna, to pewne, choćbym nie wiem jak się starał. Zresztą, bohaterowie "Osiedla" mają swoje życie, oni się nie buntują przeciwko staruszkom, którzy i tak nigdy nie czają, co się dzieje naprawdę. To w porzo kolesie, nie zaprzątają sobie głowy dyskusjami z rodzicami, które i tak do niczego nie prowadzą. To jest ta zmiana w rozumieniu buntu - jego tak naprawdę nie ma. Chłopaki wyznają zasadę "żyj i daj żyć innym, jeśli - uwaga - on ci daje żyć". Gdy pojawiają się kłopoty pod postacią napakowanego dresa, radzą sobie na swój sposób. Myślę, że to najwłaściwszy wzorzec postępowania, jaki znam.

Chodzisz na wybory?
Jakoś nigdy nie trafiam w czas.

"Na kozetce" to pierwszy album z F&M? A może też ostatni?
Historyjki, które prezentuję w tym albumie, wybrałem dlatego, że są na poziomie. Olałem większość dawnych prac, bo są strasznie naiwne, a dowcip infantylny. Do tego poziomu dochodziłem latami i myślę, że jest luz. Dopiero teraz. Materiał na następny album musiałby się narysować, a formuła jednoplanszówki, szczerze mówiąc, wychodzi mi już bokiem. Gdybym miał rysować kolejny album o F&M, byłaby to długa opowieść, jak "Biegunka" z "Produktu".

Wyobraź sobie, że jutro musisz na zawsze emigrować z Polski. Dokąd byś wyjechał?
Do Australii, bo mają tam najdziwniejsze zwierzaki, jakie chodzą, pływają i skaczą po ziemi.

 

Pytania zadawał Tomasz Kołodziejczak
 


Michał "Śledziu" Śledziński urodził się w 1978 roku. Studiuje na Akademii Sztuk Pięknych w Poznaniu, ale dużo czasu spędza w rodzinnej Bydgoszczy. Jest redaktorem naczelnym magazynu komiksowego "Produkt" (ukazuje się od 1999 r.). W ramach Klubu Świata Komiksu ukazał się jego album Śledzia o Fidzie i Melu - "Na kozetce".
 

drukuj