"Odkrycia"

Muszę przyznać, że z drżeniem zasiadam do pisania tego wstępu. W końcu to wstęp do samego "Usagiego Yojimbo". Zostanie wydany zbiór, z którym miałem coś wspólnego! Podoba mi się ta świadomość i dlatego w chwili, gdy mnie o to poproszono, powiedziałem: "Jasne, nie ma sprawy!".

 

Teraz mam jednak kłopot. Muszę napisać tekst, a niewiele mogę Wam powiedzieć, niezależnie od tego, czy jeszcze nie znacie "Usagiego", czy - podobnie jak ja - jesteście jego wiernymi czytelnikami.

 

Nie mogę, na przykład, zbyt wiele napisać o Stanie Sakai. Mogę Wam za to opowiedzieć o tym, jak razem lecieliśmy balonem na ogrzane powietrze. Stan przyjechał w moje okolice na konwent komiksowy, którego organizator (wyjątkowo uprzejmy Richard Finn) lubi zapewniać gościom rozrywkę w zamian za rozdawanie autografów uczestnikom jego imprezy. Tego akurat dnia wstaliśmy bladym świtem i patrzyliśmy, jak kolesie z firmy baloniarskiej rozkładają jaskrawą powłokę, włączają palniki i napełniają balon gorącym powietrzem, aż ten zaczyna rwać się do góry. Wtedy nasza gromadka wsiadła do środka i wzniosła się w przestworza.

 

To było niesamowite - znajomy krajobraz, oglądany z góry, stał się dziwny i egzotyczny: poranne mgły, poczucie całkowitego bezruchu, gdy świat przesuwał się pod nami, nagłe poczucie prędkości, gdy zniżyliśmy się tuż nad czubki drzew. Jeśli jesteś twórcą komiksu i Richard Finn kiedykolwiek zaprosi Cię na zjazd, zgódź się bez wahania. Sam będziesz mógł się przelecieć balonem, popłynąć łodzią przez spienioną rzekę, pojeździć na nartach, albo zrobić coś równie przyjemnego. Ale Stan? To był ten milczący facet z tyłu. Nie mogę stwierdzić, że go poznałem, choć była to pamiętna wycieczka.

 

Oprócz tego raz czy dwa rozmawiałem ze Stanem przez telefon, widziałem go też na konwentach, gdy podpisywał książki i szkicował królicze głowy, po które ustawiały się długie kolejki miłośników Usagiego. To miły facet - uprzejmy, przyjazny, skromny i niezwykle utalentowany - ale nie znam go na tyle dobrze, by dzielić się wnikliwymi spostrzeżeniami na jego temat.

Nie mogę też prawić wam o XVI-wiecznej Japonii, będącej tłem historii, które zaraz przeczytacie. Po pierwsze, Stan już się tym zajął, pisząc zgrabny i pouczający czterostronicowy prolog do pierwszego numeru "Usagiego", wydanego przez wydawnictwo Dark Horse. Prolog miał przybliżyć temat nowym czytelnikom i, jak sądzę, został zamieszczony albo na początku tego zbioru, albo przed dwuczęściową opowieścią "Klucha", którą oryginalnie poprzedzał [Czytelnik znajdzie go na samym początku tego zbioru - przyp. wydawcy]. Po drugie, naprawdę niewiele na ten temat wiem. W zasadzie, całą swoją wiedzę o feudalnej Japonii zaczerpnąłem z powieści Jamesa Clavella i z "Usagiego Yojimbo" - oraz zapewne z jakichś komiksów o Wolverine, śmiem jednak wątpić, czy te ostatnie można uznać za wiarygodne źródła.

 

To zabawne. Jestem wielkim zwolennikiem tworzenia komiksów dla określonego odbiorcy, wabienia uwagi czytelnika treścią, a nie kuszenia klientów do zakupu czegoś, co ich nie interesuje. Jeśli chcesz przyciągnąć miłośników tajemnic, zrób komiks o tajemnicach, a nie komiks o superbohaterach z tajemniczymi elementami, licząc, że to wystarczy. Jeśli chcesz przyciągnąć miłośników romansu, zrób komiks romansowy, i tak dalej. Szczerze w to wierzę, ale sam jestem zaprzeczeniem tego postulatu, jako że feudalna Japonia i przygody samurajów nieszczególnie mnie interesują. Nie chodzi o to, że unikam takich materiałów za wszelką cenę - ale też specjalnie ich nie szukam.

 

A jednak scenografia i kultura są niezwykle ważne dla serii "Usagi Yojimbo". Każda historia przedstawia i wyjaśnia różne aspekty tradycji i legend feudalnej Japonii. Ten album nie stanowi tu wyjątku - mamy uprawiających wodorosty rolników w "Kaiso", autentyczny (choć skorumpowany) system wioskowej sprawiedliwości i sprzedawcę klusek soba w "Klusze", skutki wpływów europejskich w "Królik, kotka i nietoperze", i nie tylko.
I muszę stwierdzić, że to wszystko bardzo mi się podoba.

 

To prowadzi mnie do trzeciej sprawy, o której niewiele mogę Wam powiedzieć, czyli do samych komiksów.
Mogę Wam za to powiedzieć, że wzbudzają we mnie ogromną grozę. Parę akapitów wcześniej określiłem pracę Stana mianem "zgrabnej", ale jest to niedomówienie. W branży ogarniętej dosłownością, Stan jest mistrzem powściągliwości - powoli i z rozmysłem przygotowuje grunt pod wydarzenia i pozwala, by historia toczyła się w niespiesznym tempie, które wydaje się szczególnie pasować do przygód podróżującego pieszo samuraja. Ale powstają też w ten sposób komiksy znacznie bardziej emocjonujące niż najjaskrawsze z rażących dosłownością historii. Powściągliwość tworzy bowiem kontekst, wobec którego przemoc i poczucie zagrożenia, wypełniające te opowieści, stają się wstrząsem, szkaradnym przerwaniem życia.

 

Mógłbym wskazać przykłady: spójrzcie na pierwszą stronę "Piorun uderza dwa razy", na kadry, które wybrał Stan - ptaki nad drzewami, widziana z wysoka droga i powolne zbliżenie, które pokazuje nam zwykłych ludzi, zajmujących się swoimi sprawami - tylko po to, by zburzyć ten starannie zbudowany nastrój jednym kadrem, gdzie ludzie okazują się jednak niezwykli, a Inazuma reaguje na ich nieuchronny atak. Potem przewracamy stronę i tu akcja eksploduje; pokój i piękno legły w gruzach. O ile mniej skuteczny byłby ten zabieg, gdyby Stan zaczął od akcji, nie pozwalając nam się wcześniej odprężyć i wczuć w atmosferę? (Oczywiście, niektóre historie Stan zaczyna od akcji, warto jednak uważniej się im przyjrzeć - np. w "Klusze" gniew i napięcie pościgu przeplatają się z powolnym, spokojnym marszem Usagiego, co prowadzi raczej do zamierzonego wcześniej efektu niż do eksplozji.)

 

Mógłbym wskazać sposób, w jaki Stan obramowuje swoje kadry - żadnych ostrych kantów, żadnych wymyślnych konturów, mających "podbajerować" stronę - tylko czytelny, prosty tok opowieści, który uwypukla piękno rysunku, skupia uwagę na treści i nastroju - i zawsze, ale to zawsze, przybliża historię, zamiast rozpraszać.

 

Mógłbym tłumaczyć, dlaczego tak bardzo fascynują mnie tu scenografia i kultura; Stan ma w wyjaśnianiu i opowiadaniu taką wprawę, że lekcje historii i mitologii, których nam przy okazji udziela, odbieramy nie jak wykłady, tylko jak odkrycia. Zobaczycie to na wielu stronach "Kaiso". Celem tej historii jest pokazanie czytelnikowi (i Usagiemu), na czym polega uprawa wodorostów, oraz w jaki sposób kształtuje ona życie tych, którzy zarabiają nią na chleb.

 

Ale o to chodzi, prawda? Przekonacie się o tym w "Kaiso". Przeczytacie pierwszą stronę "Piorun uderza dwa razy" i początek "Kluchy". Macie album. Jeśli, tak jak ja, od dawna czytacie "Usagiego", wiecie już, z czym to się je. Jeśli jesteście nowymi czytelnikami, sami się przekonacie. Tak czy owak, nie muszę Was uprzedzać zawczasu. Są rzeczy, o których chętnie bym pomówił - wątki chwytające za serce, momenty poetyckiej sprawiedliwości, zdrada i pomysłowość - ale nie chcę Wam psuć przyjemności. Przeczytacie te historie jak należy.

 

Co więc mogę Wam powiedzieć? Są to historie z ostatnich dwóch numerów "Usagiego Yojimbo", wydanych przez Mirage Publishing, oraz pierwszych sześciu, które ukazały się w wydawnictwie Dark Horse Comics (plus zabłąkana, poboczna opowieść z wcześniejszego komiksu Mirage). Spodobają się Wam. Nic więcej nie musicie wiedzieć.

I przy okazji pocieszcie mnie - jeśli zobaczycie mnie na konwencie, udawajcie, że osiągnąłem tym wstępem zamierzony efekt, dobra? Od lat chciałem coś zrobić dla serii o Usagim i nie zniósłbym myśli, że moja praca nie miała żadnego znaczenia...

 

Kurt Busiek, marzec 1998 (Wstęp do albumu "Pomiędzy życiem a śmiercią", Egmont 2002)

drukuj