O Autorze

Stan Sakai

 

Poproszono mnie o przygotowanie tego wstępu, jak sądzę dlatego, że w wielu wywiadach oraz przy osobistych spotkaniach ze Stanem Sakai wielokrotnie wspominałem, jak bardzo lubię komiks o Usagim. Jestem nie mniej zdziwiony tym, że zwrócono się do mnie, jak i tym, że w ogóle tak bardzo polubiłem tę historię. Nadal mi się podoba i w tym leży podłoże mojej sympatii do czegoś co (być może niesłusznie i krzywdząco) zwykłem nazywać "kuglarską" opowieścią.

Oznacza to, że według mnie Usagi był w jakimś sensie efektem boomu na czarno-biały komiks, jaki miał miejsce na początku lat osiemdziesiątych. Kiedy zaczął pojawiać się, początkowo w odcinkach, w magazynie "Albedo" i "Critters", doskonale wpisał się w ten trend komiksu.

 

Ukazało się wtedy mnóstwo rozmaitych historii o milutkich, pretekstowych bohaterach. Wydawały je Aardvark-Vanaheim, Fantagraphics, Kitchen Sink i inne, mniej znaczące wydawnictwa. Kiedy patrzy się wstecz na ten okres zdumiewa, jak bardzo komiksy te były zróżnicowane. Oczywiście, tak samo jak w latach sześćdziesiątych, królowali w nich

superbohaterowie, ale jednocześnie w tym samym czasie wielu autorów poszukiwało zupełnie nowych dróg. Pojawiło się znacznie mniej niż w latach pięćdziesiątych historii kryminalnych, humorystycznych oraz opowieści grozy. Także w tym czasie narodziła się nowa fala autorów komiksów, na czele z Frankiem Millerem, Mattem Wagnerem, Alanem Moorem i Howardem Chaykinem. Ludzi, którzy odkryli zupełnie nowe sposoby opowiadania historii komiksowych. Był to sprzyjający czas dla wszystkiego, co nowe. Zaowocowało to obfitością doskonałych pomysłów, dobrych pomysłów, złych pomysłów i innych pomysłów, przy czym nawet te dobre ograniczała własna formuła.

 

Mam tu na myśli komiksy z elegancko wymyślonym "haczykiem", które były milutkimi historyjkami i niczym ponadto. Nic nie zmuszało czytelnika do pochłaniania każdego odcinka. Pojawiało się wiele serii komiksowych, witanych powszechnym entuzjazmem, po czym, po ukazaniu się kilku odcinków, fanowie uznawali je za "dno". Dlatego szły na przecenę, a po jakimś czasie ogień podsycano na nowo... Zaś po roku o większości tych serii zupełnie zapominano.

 

W tym samym czasie, pośród tej całej różnorodności, pojawił się fenomen dziwnej przemiany "zabawnych komiksów o zwierzątkach". Część z nich była po prostu humorystyczna. Niektóre, wywodzące się od "Pogo", stały się raczej satyryczne. Ale pojawiały się też historie o animorficznych bohaterach, które serio podchodziły do tematu. Komiksy, których bohaterowie byli najzupełniej ludzcy, jednak zgodnie z zamysłem autorów, przedstawiani jako quasi-ludzie, zwierzęce postaci.

 

"Cute Bunny", "Omaha", "Usagi Yojimbo" i inne serie prezentowane w magazynie "Critters" mogły zostać opowiedziane z użyciem realnych, ludzkich postaci. Jednak dzięki elementowi animorficznemu zwracały na siebie uwagę. Sądzę, że "Usagi" mógł być po prostu opowieścią o samuraju, jednak bohater-królik pomagał mu się wyróżnić. I to działało.

Jednak równie dobrze pomysł taki mógł pogrążyć ten komiks.

 

Według mnie "Usagi Yojimbo" był komiksem "kuglarskim". Królik-samuraj. Fajnie. Jakie to zabawne i milutkie, ale jednocześnie jest tam i śmierć i walki na miecze. Pomysł został dobrze przyjęty i komiks, który zaczął od odcinków w "Critters", dorobił się własnej serii. I przez cały ten czas podobał mi się tak samo.

 

A jednak gdzieś w głębi duszy stale się bałem, iż otworzę któryś tom i stwierdzę, że już to znam i już tu byłem, tak jak zdarzało się to z tyloma komiksami tamtej ery. Historie, które na początku wydawały się świeże i bogate, bardzo szybko stawały się zwietrzałe i przewidywalne. W końcu nawet najlepsze tytuły ledwo wegetowały, choć niektóre wychodzą do tej pory. Jednak absolutna większość została do dziś całkowicie zapomniana.

 

A co do zabawnych zwierzątek... Wszystkie "Stwory" - z wyjątkiem "Usagiego", "Neil the Horse" i "Cuttie Bunny" - umarły. Wszystkie odeszły, ponieważ od pewnego momentu wszelkie historie jakie można opowiedzieć za pośrednictwem takiego bohatera, zostały już opowiedziane.

 

A co stało się z małym królikiem, uzbrojonym w wielki miecz? Wciąż był publikowany. A ja wciąż czytałem o jego przygodach. I nigdzie nie widziałem tej powtarzalności, która zawsze zwiastuje początek końca każdej serii. Dawno już dałem sobie spokój z myślą, że pewnego dnia przygody Usagiego przestaną mnie obchodzić. I seria nadal mnie zaskakuje i interesuje. Obserwuje jak Stan ewoluuje jako autor komiksu, który staje się coraz lepiej dopracowany.

 

Pamiętam jak czytałem w jedenastym odcinku pięciostronicowe wprowadzenie do historii, opowiadające ze szczegółami, jak wykuwa się samurajski miecz. Rozkoszowałem się tym jako wykładem historycznym, podczas gdy równocześnie scena służyła podkreśleniu dramatyzmu sytuacji Usagiego, usiłującego odzyskać swoje stracone miecze. Zastanawiałem się, jak pogodzić te elementy i nie nudzić czytelnika, tymczasem Stan doprowadził do perfekcji zdolność do utrzymywania delikatnej równowagi.

 

Stan nigdy nie wyrzekł się historycznego aspektu komiksu. Jego znajomość okresu, o którym opowiada, sprawia, że historie staja się autentyczne, wyjąwszy fakt, że traktują o mówiących zwierzętach. Równocześnie te historyczne wiadomości są bardzo dyskretnie rozmieszczone - autor nigdy nie popada w ciężki, mentorski ton.

Stan nie boi się również milczących, nastrojowych kadrów, a nawet całych kolumn. Jego sztuka opowiadania historii i zdolności graficzne są tego rodzaju, że może płynnie przechodzić od dialogu i ramek tekstowych do "milczących" sekwencji, przy czym jedne i drugie są dopracowane i na swoim miejscu.

 

Nigdy nie pozwala sobie na nadmierną oryginalność. Jego opowieści cechuje szlachetna prostota. Kadrowanie nigdy nie jest tak skomplikowane, by przeszkadzało przy czytaniu, didaskalia nie są prowadzone w pierwszej czy drugiej osobie, co zwykle oznacza, że zachowania bohaterów są wyjaśniane przez ich myśli, które nigdy nie są tak interesujące jak ich czyny.

A jacy są bohaterowie: Usagiego: jego utracona miłość Kinuko; Bezdomny Pies - ronin Inukai; może jeszcze bardziej tajemniczy Jei; i mój ulubiony, zuchwały Gen. Stan stworzył wspaniałą, bogatą galerię postaci wokół Usagiego, przy czym każda ma inne motywacje i inne wewnętrzne demony, odróżniające ją od głównego bohatera i czyniące je unikatowymi.

Myślę, że to właśnie nadaje charakter tej książce. Nie fakt, że jest opowieścią o animorfach, a główny bohater to królik. Gdyby wszystko się od tego zaczynało i na tym kończyło, wątpię, czy przetrwałby tyle lat. Nie, ten komiks jest po prostu napisany po mistrzowsku. Zawsze świeży, z nieodparcie urokliwymi postaciami i poczuciem autentyzmu. I z wartką fabułą. Kiedy czytelnik obawia się, że widział już wszystko, Stan proponuje nowy wariant opowieści samurajskiej, albo kolejne perypetie dla Usagi, które sprawiają, że zostajemy przeniesieni na nieznany, świeży teren. Ten komiks to historia opowiedziana solidnie, doskonale wykonana, pobudzająca wyobraźnię.

Opowieść klasyczna.
Hmm. Chyba właśnie na tym polega ta kuglarska sztuczka, o której wspomniałem na początku.

 

James Robinson (Wstęp do albumu "Daisho", Egmont 2002)

drukuj